Majówka na Słowacji - Terchova [29 IV - 3 V 2016]


Wieczorem, w ostatni piątek kwietnia, zapakowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy na Słowację. Późną nocą dotarliśmy do Terchovy – położonej w północno–zachodniej części Słowacji – wsi, w której w XVII wieku urodził się Janosik. Sobotni poranek przywitał nas pięknym słońcem, rozbrzmiewającą z przydrożnych głośników regionalną muzyką oraz widokami roztaczającej się wokół Małej Fatry – pasma górskiego Karpat Zachodnich. Naszym pierwszym celem był Mały Rozsutec. Na drodze na szczyt czekało na nas wiele atrakcji – między innymi łańcuchy i drabinki, pod którymi płynęły małe wodospady, piękna wiosenna zieleń, ale także  błoto i śnieg. Nie zabrakło śnieżnych bitew i lepienia bałwanów. Momentami dawka adrenaliny była naprawdę wysoka!

Po powrocie z gór zjedliśmy obiad i udaliśmy się na Mszę św. Nasz duszpasterz – Brat Zygmunt odprawił ją dla nas w tutejszym kościele.

Następnego dnia również wyruszyliśmy na szlak w asyście słońca. Tym razem wspięliśmy się na najwyższy szczyt Małej Fatry – Wielki Krywań oraz zjedliśmy chleb na szczycie Chleb. Już bez łańcuchów i drabinek, ale za to niekiedy po łydki w śniegu.

Niesamowitym przeżyciem była Msza św. na szlaku, w otoczeniu majestatycznych gór
i południowego słońca wybrzmiewała błoga cisza i teksty czytań. Gdy schodziliśmy z Chleba słońce już zachodziło, udało nam się uchwycić na zdjęciach jego ostatnie promienie oświetlające przeciwległe korony drzew.  Po powrocie i regeneracji sił najwytrwalsi do późnych godzin zanurzyli się w świat planszówek i innych gier, które ze sobą zabraliśmy.

Dwa kolejne dni były już nieco mniej intensywne. Nie chodziliśmy po górach, ale zwiedzaliśmy. W poniedziałek pojechaliśmy do miejscowości Orawskie Podzamcze, by tam zwiedzić Zamek Orawski wzniesiony na skale - 112 m nad rzeką Orawą. Nie lada wyzwaniem było dla nas nie tylko pokonanie mnóstwa schodów prowadzących w jego najwyższe rewiry, ale także oprowadzanie po zamku przez panią przewodnik mówiącą po słowacku. Na szczęście język słowacki nie jest taki straszny. Udało nam się zaczerpnąć nieco zamkowych historii, zrobić selfie z jeleniem i poznać Białą Damę bez prawej ręki.

Wieczorem, przy grillowanych smakołykach i dźwiękach gitary świętowaliśmy imieniny Brata Zygmunta. W tym roku przygotowaliśmy dla niego szarlotkę, jednak, aby ją znaleźć - musiał się trochę natrudzić. Blachę z ciastem ukryliśmy w bagażniku samochodu, a Bratu zawiązaliśmy oczy, zakręciliśmy dokoła i poprowadziliśmy do celu, grając w ciepło – zimno.

We wtorek rano nadszedł czas odjazdu. Zapakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w stronę Żyliny – jednego z czterech największych miast na Słowacji, po drodze zatrzymując się jeszcze w Terchovie na zdjęcie z blaszanym pomnikiem Janosika wznoszącym się na jednym ze wzgórz.

Ku naszej wielkiej radości okazało się, że w Żylinie przy Placu Mariańskim znajduje się klasztor Braci Kapucynów, przez których zostaliśmy przyjęci z wielką serdecznością. Jeden z braci odprawił z naszym Duszpasterzem Mszę św. Na pamiątkę spotkania otrzymaliśmy od niego obrazek, na którym uwieczniono relikwiarz św. Pawła, znajdujący się właśnie w tej kaplicy, w której była sprawowana Msza św.

Żylina pożegnała nas ulewnym deszczem. Na szczęście zdążyliśmy jeszcze zobaczyć niektóre z jej pięknych zabytków i zjeść zmrzlinkę – lody.

To był bardzo udany wyjazd. Z dala od miasta, pośpiechu, zgiełku i tłumów. Nacieszyliśmy się pięknem Małej Fatry, a teraz wracamy do naszych codziennych obowiązków, pamiętając, że zostanie tyle gór, ile unieśliśmy na plecach…